Hmmm.. Ktoś kiedyś powiedział, że nie ma idealnych par, bo wszystkie się kłócą, a idealna byłaby taka, co by się nie kłóciła. Być może. Z tego, co zaobserwowałam w telewizji (tak mam to piekielne czarne, nomen omen, pudełko, które absorbuje mój czas ostatnio straszliwie) dobrze dobrane pary też się "żrą". Czy my jesteśmy dobraną parą? Nie wiem. Mam taką nadzieję, co pewnie specjalnie nikogo nie dziwi. Każdy tak ma i każdy sobie tego życzy. I muszę nie bez radości przyznać, że się w zasadzie nie kłócimy. W zasadzie.. a jak jest w kwasie? Tak, musiałam, bo ja lubię te kwasy i zasady, i sole, które można otrzymać na 9 sposobów, również, w ogóle chemię lubię i organiczną, i nieorganiczną, z tym, że tą drugą chyba bardziej. Wiem, że moja lubość do chemii jest i będzie niezrozumiała dla wielu, ale cóż, tak mam, co poradzić. Nawet boli mnie to, że dzieci na zachodzie nie mają takiego przedmiotu w szkole i dlatego też nie mogłabym posłać moich przyszłych dzieciątek do takiej zachodniej szkoły. Szkole bez chemii, fizyki i biologii stanowcze NIGDY W ŻYCIU! Ale koniec tych dygresji i zbaczania z tematu pierwotnego.
Co ja?.. A..! W kwasie to jest tak, że się sprzeczamy. Dość często. Nie jest tak różowo, czy zielono (jak kto woli, ja osobiście za różem nie przepadam). Sprzeczki są okazjonalne i "na bieżąco" oraz o wszystko a czasem i o nic. Z ostatnich 9 miesięcy (tak oficjalnie i do końca, bo 7.12 dziś) pamiętam dwie takie poważniejsze sprzeczki (no może 3) na tle, że się tak wyrażę Karola i jedną poważniejszą sprzeczkę na tle moim, czego jednak nie nazwałabym sprzeczką, a raczej sprzeniewierzeniem Karolowego zaufania. Może ktoś będzie wiedział, o co chodzi, większa większość nie, ważne, że my wiemy.
Pierwsza miała miejsce w lipcu, cudownym, dodam tak w nawiasie, podczas remontu pokoju mojego i wyjazdu moich szanownych rodziców. Odpokutował to mój mężczyzna w sposób dwojaki, bo bólem fizycznym, spowodowanym różnego rodzaju otarciami (tak, krew się lała i za "Strzykawę" robiłam) oraz chyba bólem psychicznym z powodu mojego gniewu straszliwego, bo trwającego trzy dni chyba. Jak jemu doskonale jest wiadomo, udobruchać mnie jest łatwo i umie to zrobić, ale się nie dałam, ha.. Przeskrobał i to mocno, co niestety mojego tatusia kochanego ciupkę bardziej zniechęciło do Karolowej kandydatury w wiadomym względzie. Tak między nami mówiąc sprawa z moim szanownym zacnym rodzicielem nie jest prosta i może być tematem co najmniej jednego odrębnego posta. Kocha mnie "Staruszek"(l. 43) i tyle, no.
Druga sprawa (to właściwie ta trzecia, którą chciałabym chyba chwilowo przemilczeć) to także coś na odrębne opowiadanie wręcz. I może kiedyś się pokuszę. Sprawa zakrawa w dużej mierze o zazdrość moją o Szlachetnego, który w pewnych kręgach wcale nie jest za takiego uważany. Ja jako dama serca nie mogę tak nie uważać (tylko z dbałości o obowiązki damy serca, a jak myślę to zainteresowany wie najlepiej), dodam tylko, że przydomek ten nadany mu został do celów czysto literackich, aby nie skracać do pospolitego "K.", bo tak to można na gg z psiapsiółą, a nie na forum publicznym. Z przydomkiem wiąże się pewna anegdota, której nie zamierzam przytaczać.
Trzecia sprawa jest całkiem świeża i w sumie sponsoruje ten post. Chodzi o to, że troszkę się rozbestwiliśmy, zrobiliśmy się zbyt.. hmmm.. rozluźnieni w słowach (jeśli oczywiście można być rozluźnionym w słowach.. Można?.. NVM!) i padło coś, co paść nigdy nie miało. Owe padnięte słowa spowodowały uszczuplenie konta promocyjnego Karola z 20,00 do 6,50 PLN, co oznacza, że rozmowa nasza trwała 45 min. Takie rozmowy, troszkę mniej spięte, rzecz jasna, prowadziłam, pacholęciem jeszcze będąc, z Gonią moją, która się nie odzywa aktualnie, zaabsorbowana zapewne Damianem M., a szkoda! Rozmowa wczorajszo-dzisiejsza, bo zależy jak do tego podejść, nie była przyjemna ani dla jednej, ani dla drugiej strony. Była raczej bardzo oschła i skończyła się oschle padnięciem baterii w telefonie komórkowym, po uprzednim rozwiązaniu problemu.
Bo jak wychować sobie faceta? Tu ukłon w stronę Mateusza, bo też o tym pisał kiedyś (link jest z boku jakby, kto zechciał). I może wywołam trochę zawieruchy, a może burzę (śnieżną koniecznie, bo śnieg lubię, a pora na śnieg jest!), ale napiszę otwarcie, że nie do końca się zgadzam, z tym poglądem. Ok. Zgadzam się z tym, że facet powinien szanować kobietę, z którą życie planuje spędzić, zresztą każda inną także, ale nie w tym rzecz żeby wywalać go od razu z chałupy w ciemną noc na zimnice. Czasem trzeba i powinno się, ale nie zawsze. Co się stanie jak się prześpi w jednym domu czy pomieszczeniu z ową dziewczyną? No, dobra może się coś stać. Nie bądźmy dziećmi. Ale bez zgody obu stron się nic nie stanie, prawda? Prawda, prawda (jak mawiał mój historyk, którego nazwiska nie pomnę). Zresztą trzeba rozróżniać noclegi awaryjne i celowe, o (w tym miejscu miał być kąśliwy docinek, ale sobie daruję z czystej sympatii)! Jak ktoś kogoś szanuje, to go szanuje za całość, za dobre i złe decyzje, za wszystko i mimo wszystko, bo danie komuś swojego szacunku, choć czasem mimowolnie, jest podobną decyzją, do tej, którą się podejmuje kochając kogoś. Zresztą miłość z szacunkiem idą w parze. Nie twierdze, że kochamy wszystkich, których szanujemy, raczej w drugą "mańkę".
Wracając do wychowywania, człowiek wychowuje się poniekąd sam, na swoich błędach. Oczywiście nie jest czasem ich świadom. Dlatego trzeba je uwypuklać, pokazywać. I podług mnie, na tym polega WSPÓLNE wychowywanie się w związku. I może ono mieć miejsce i przed, i w trakcie małżeństwa, po też, choć ja osobiście mam trwałą awersje do rozwodów, bo jak wiadomo u Niego nie ma rozwodów, są stwierdzenia o nieważności (nie unieważnienia, bo to by oznaczało, że coś jest teraz nieważne, a ważne było, a miłości nie da się unieważnić, albo się kocha, albo nie, albo rybki, albo.. akwarium). Ja wychodzę z założenia, że szacunek nie jest mniejszy jednego dnia, a większy drugiego, cały czas jest taki sam, oczywiście w stosunku do jednej osoby (wiecie, o co mi chodzi? Mam taką nadzieje, bo się zapętliłam chyba). Drugie moje założenie jest takie, że najważniejsze jest rozmawianie. Rozmowa jest niczym oczyszczenie i warto rozmawiać (to nie reklama, nie lubię tego pana, co to prowadzi) zawsze i mimo wszystko, a "ciche dni" są szalenie stratne. Zawsze warto wiedzieć, co myśli o takiej sytuacji drugie, choćby to miało być najgorsze na świecie i ranić jak najostrzejszy nóż. Poboli i przestanie, ot, co. Czas rany leczy i uczy pogody, pogody ducha.
Tym kończę i do następnego razu.

***

Post dedykuję Słońcu memu i kilku jeszcze osobom, które po przeczytaniu luźnej, żartobliwej troszkę uwagi pod koniec poprzedniego chyba nie chcą się odzywać. Szkoda.

Ewcię, „od mazaków”(bo są dwie, a ja je mylę okropnie :/), pozdrawiam serdecznie i powiem szczerze, że dziwne jest, że nikt inny na te mazaczki nie wpadł wcześniej, ale cóż najciemniej pod latarnią, ponoć.





Powiedzieli:


16.12.2007 :: 17:55 :: 212.191.80.144
fiolka
wiem, że nie itnieje.. w linkach zostanie, bo potem zapomne Cie wstawić, Asiu.

16.12.2007 :: 14:29 :: 83.10.162.88
A. aka. Azbest
ps. asiektm.blog.pl nie istenieje od kilku m-scy wywal z linków:P

16.12.2007 :: 14:28 :: 83.10.162.88
A. aka. Azbest
no ladnie przemoc w rodzinie xD
nie uwierzysz - przeczytałam całe, ale moja azbestowa główka nie wszystko pojmuje chyba xd

*czy jeśli poprzez laskotki ktoś mial moje pazurki na plecach to to jest już przemoc? :D

chyba zaloze nowego bloga bo stare poszly..na spacer...chce mi sie pisać ;d

no to 'dzieci' nie bijcie sie, etc. a propos dzieci... DOWóDW ODEBRAłAM nie wiem czy sie chwalilam juz xD

buziak:*


14.12.2007 :: 18:38 :: 88.220.97.148
fiolka-z-tm
"wywołanie do tablicy"? szkołą mi pachnie.. bleee.. nie zamierzałam i nie zamierzam nikogo wywoływać do tablicy.. jakbym chciała to bym nauczycielką została, a nie marzy mi się..
Raz.. post jest żartobliwy i przez taki pryzmat należy go czytać.. takie było założenie..
NIE BIJĘ KAROLA! Jedną formą przemocy jaką preferuje są łaskotki.. A mam ogromne więc wiadomo.. Dwa..
Czy ja wychowuję Karola? Raczej nie.. przynajmniej nie świadomie.. czasami traktuje go jak małe dziecko, co go delikatnie rzecz ujmując irytuje.. tyle..
Jeśli gniewem jest czułe opatrywanie zadanych sobie samemu ran i niepochlebne kiwanie głową, to wszyscy by chcieli, żeby się tak inni gniewali.. Zmartwił mnie troszkę i przestraszył.. tyle.. Trzy dni nieswoja chodziłam. To by było trzy..
Co do taty.. tata jest zazdrosny o swoją córeczkę.. wszystko.. A teraz traci mnie na rzecz jakiegoś obcego faceta, który (według taty mniemania, jak sądzę)
do pięt mu nie dorasta, bo na przykład na ryby mnie nie zabierze.. Tak, wędkuje z ojcem! Coraz rzadziej.. ale czasem to fajne..
Do wychowywania wracając, na to mam swoją małą teorię..Podpowiem tylko, że Ktoś przecież jest ponad nami i pozwala nam te błędy popełniać, o!
Co do adresu: zastanawiamy się.
A teraz wybaczcie, ale zaopiekuje sie swoimi zarazkami...


14.12.2007 :: 14:12 :: 212.191.80.144
Karol
Odpowiem skrótowo zapewne, być może Wiola mnie uzupełni. Nie wiem, czy miała w zamyśle "wywołanie was do tablicy", chciała zapewne po prostu coś powiedzieć. Coś, co chyba zostało nie do końca zrozumiane. I na sto procent nie miała zamiaru napisać o FIZYCZNYM bólu z powodu jej gniewu:) tylko o psychicznym - fizycznego mi nijak nie zadała:) Kochanie, popraw to, bo wygląda, jakbym był bity:P Bólem psychicznym bym zresztą tego nie nazwał, ale obserwowanie jest (uzasadnionej, zaznaczam) złości było średnio przyjemne.

Wychowywany się nie czuję. Wyższości nad sobą też nie. Przez tamte trzy dni Wiola nie była rozgniewana, nie "wychowywała mnie" metodami karania psychicznego (bo z tej rodziny jest wystawianie na deszcz i "migreny") i nie wyładowywała na mnie złości. Zła była. I zdenerwowana. I wystraszona poniekąd też, że coś mi się stało. Nie było żadnego "gniewania się dla samego gniewania", to nie była demonstracja czegokolwiek ani nic raniącego. Nie chwali się tym, wierzcie mi. Pisze o tym, co było i jak było. Nie pisze zresztą o tym, że mimo tego wszystkiego rozmawiała ze mną w miarę normalnie, kilka razy dziennie z dużą troską pomagała mi zmieniać sobie opatrunki i gotowała mi obiady. Żadnych cichych dni, zimna i ukrytej agresji. A o co chodziło? O to, że miałem wypadek. Wypadek w sumie przez własną, ogromną głupotę, który mógł skończyć się bardzo źle, ale - Bogu dziękować - poskutkował tylko sporą ilością otarć (których wyraźne ślady mam zresztą do dzisiaj). Kwestię jej ojca w tym wszystkim pozwolę sobie pominąć:) Zresztą od początku wydaje się cholernie zazdrosny... Może nie dociera do niego za bardzo, że córka nie jest jego własnością...

Rozmawianie jest naszą stałą praktyką. Też wolimy nie spać pół nocy ale nazwać i powiedzieć sobie wszystko, wyjaśnić oraz pogodzić, gdy jest taka potrzeba. Nie mieliśmy nigdy chyba "cichych dni" i nie wyobrażam sobie, żebyśmy kiedyś próbowali cokolwiek takimi metodami uzyskać. I już dziś wiemy, że jedną z najważniejszych rzeczy, które chcemy sobie wypracować, jest zwyczaj rozmawiania. Dawanie sobie czasu i słuchanie. A może i nawet ustalona, umówiona pora w tygodniu na to. I Bogu dzięki, że to umiemy i chcemy z tego korzystać dla naszego wspólnego dobra.

Powstał mi w głowie pomysł założenia wspólnego, wirtualnego bloku rysunkowego gdzieś w necie:P


10.12.2007 :: 00:24 :: 83.26.121.72
Święta (prawie) Rodzina:)
Witamy Was grzecznie. Nie wiemy czy słusznie, ale poczuliśmy się wywołani do odpowiedzi, choć może stosowniejsze byłoby kupienie bloku i mazaczków, spisanie tego na kartce i wysłanie poleconym:) Informujemy uprzejmie, iż nie poczuliśmy się urażeni uwagami pod ostatnią notką, w pewnym sensie nawet nas one rozbawiły. Chcielibyśmy zaznaczyć jednak, że byłoby miło, gdyby podjęto jakąś jednoznaczną decyzję - albo chcecie komentarzy, albo nie chcecie. Bo takie raz tak, a raz siak może troszkę zdezorientować. Wygląda jednak na to, że teraz chcecie...

Zaczniemy od początku. Nie wierzymy w dobranie par, a nad tym czy my jesteśmy dobrani nawet się nie zastanawiamy. Bo to tak z góry sugeruje wypróbowywanie, w celu znalezienia tej osoby, z którą się będzie 'dobraną parą'. Coś jak dobranie przez Boga, czyli, może przeznaczenie. Predestynacja. Że jak się trafi na drugą połówkę swojego 'ja', którą tam zapisano w gwiazdach, to się już będzie dobraną parą. Taką cudowną i idealną. A tak naprawdę to nie przeznaczenie, tylko miłość. A miłość jest decyzją. I jeśli potrafimy pokochać, ja kocham ciebie, ty kochasz mnie, to jesteśmy dobraną parą. Idealne pary nie są to również ci, którzy się nie kłócą. którzy się zgadzają we wszystkim i nie mają żadnych problemów. Idealne pary to te, które umieją kochać. A ideałem kobiety/mężczyzny nie jest wyimaginowana bogini/heros, lecz ta osoba, z którą decydujemy się spędzić życie.

Co do Waszych kłótni - to chyba nie jest najlepszy pomysł, żeby takie rzeczy wywlekać na forum publicznym. [tak tak, to my, co to wszystko wywlekamy na forum publiczne, ale tak, nasze kłótnie jednak zachowujemy dla siebie.] zresztą chyba ogólnie takie rozpamiętywanie nikomu nie służy - nawet i prywatnie. jeśli było coś złego to chyba lepiej wybaczyć, niż zatruwać kogoś wyrzutami. zwłaszcza ten gniew trwający przez trzy dni i odrzucanie prób pojednania - nie ma się chyba czym chwalić. wiadomo - 'miłość nie unosi się gniewem, nie pamięta złego'. jeśli planuje się z kimś spędzić życie, to może bardziej należy się chwalić tym, że potrafimy dojść do porozumienia, niż pokazywać jak wielką władzę ma się nad tym drugim człowiekiem.

Skoro już o władzy mowa, przejdźmy może do wychowywania. Tak, bo w jakimś sensie gniewanie się na kogoś przez trzy dni dla samego gniewania się, i potem chwalenie się tym, ku większemu pognębieniu partnera, wydaje się nam właśnie takim wychowywaniem. Wychowywanie na zasadzie kar i nagród. I upokorzenia. Tak to można z dziećmi, oczywiście wykluczając upokarzanie, które zawsze jest etycznie złe. Z dziećmi, które nie są dorosłe. Więc ma się nad nimi władzę. Nie zaś z dorosłymi ludźmi, z którymi pragnie się nawet wiązać przyszłość.

"Człowiek wychowuje się poniekąd sam, na swoich błędach." -> Cóż. Słyszeliśmy raczej, że człowiek UCZY się na swoich błędach. Wychowywanie ma w definicji dwie osoby - wychowującego i wychowywanego. Nie możesz wychować sam siebie. Za to może wychować cię ktoś inny. Ktoś, kto - ha, no właśnie! - ma nad tobą władzę. Ktoś, kto jest wyższy i ważniejszy. Wychowywanie faceta poprzez wystawianie go na deszcz, poprzez zabieranie kabla od komputera, poprzez, w małżeństwie, migrenę dzień w dzień, czy poprzez wypominanie na forum publicznym (tudzież w prywatnym gronie) jak to bardzo przeskrobał pół roku temu. To jest ukazywanie, że ma się nad kimś władzę i że można go wychować.

Człowiek nie jest czasem świadom swych błędów, zgoda. I trzeba mu je pokazać, zgadza się. Tylko robi się to z miłością, jak komuś, kto jest dla ciebie najważniejszy na świecie, komu chcesz pomóc, komu jesteś równy. Pomagasz mu nie po to, by nie ranił więcej ciebie, lecz raczej po to, by nie ranił więcej siebie samego, a przede wszystkim - by nie niszczył was. Waszego "my". A wychowywanie z wyższością zamiast pomagania z miłością jest również niszczeniem waszego "my".

I przy tym wszystkim jeszcze ten szacunek. Szacunek, owszem. Ale jak zamierzamy kogoś wychować, no, powiedzmy, komuś pomóc, jeśli szanujemy kogoś za jego złe decyzje? Szanujemy, dobrze powiedziałaś, bo kochamy. A kochać to nie znaczy szanować wszystkie decyzje. Akceptować wszystko, jeszcze z szacunkiem. Kochać to znaczy szanować to, co dobre. I pomagać zmienić wszystko, co złe. Z równością, a nie z wyższością.

Natomiast tak, zdecydowanie warto rozmawiać. Rozmowa jest właściwie kluczem do wszystkiego, bo trzeba wiedzieć dokładnie, co myśli i czuje ta druga osoba [miliony razy powtarzano nam to na kursie przedmałżeńskim - że nasz partner niczego się nie domyśli, że trzeba MÓWIĆ]. 'Ciche dni' to wielka strata, bo to zawsze utracona szansa na okazanie miłości. I może nawet nie chodzi o to, żeby mówić, nawet jeśli te słowa mają ranić. Chodzi bardziej o to, żeby zawsze pamiętać, że się kocha tą drugą osobę i te słowa nie są wymierzone przeciw niej, one mają tylko opisywać sytuację. Nasze uczucia i wzajemne relacje.

My nigdy nie potrafimy usnąć, dopóki się nie pogodzimy i nie dogadamy. Dlatego ogólnie często zarywamy całe noce:P

Na koniec chcielibyśmy jeszcze zapytać, jeśli można oczywiście, czemu szanowny tatuś tak bardzo nie lubi Karola? bo z tego co zrozumieliśmy, nie było go w domu w czasie tej wielkiej kłótni? czyżby ślady teksańskiej masakry były aż tak widoczne w całym mieszkaniu?

Dziękujemy za dedykację, i nie obrażamy się ani o żartobliwe uwagi z poprzedniej, ani z aktualnej notki (jednakowoż rzeczywiście bardzo rozbawiło nas zwrócenie uwagi jednemu z nas, że tytułuje drugie publicznie pierwszą literą imienia. Nigdy nie wpadlibyśmy na to, że wiąże się to np. z brakiem szacunku :)). Nie planujemy przyłączać się do wywoływania burzy i nie mamy takich zamiarów. Odpowiadamy tylko, wywołani do tablicy.

A jak się nie podoba, to wiadomo, mazaczki, blok i polecony. Chce ktoś adres? :P